Felietony
Szołem Alejchem SZACHOWY MISTRZ

    

Którejś chłodnej nocy w ciepłej izbie "zajadły" szachista, niejaki Rubinsztejn, opowiedział zdumiewającą historię.



     Moim dziadkiem był Ruwim Rubinsztejn. A ponieważ, moje szanowne panie i panowie, był on prawdziwym szachistą, to kiedy grał w szachy cały świat mógł stanąć na głowie. Ze wszystkich stron zjeżdżali się do niego dziedzice, hrabiowie i wielmoże, by zagrać z nim partię albo dwie. A przecież był zaledwie ubogim rzemieślnikiem, zegarmistrzem, choć dobrym majstrem, wielkim specem w swoim fachu. Jako że najważniejszą rzeczą w jego życiu były szachy, więc zamiast zarobku miał same tylko nieprzyjemności i ledwo starczało mu na suchy chleb.
     Pewnego pięknego dnia przy domku mojego dziadka zatrzymała się elegancka kareta zaprzężona w czwórkę dorodnych koni. Z karety wyskoczył jakiś dziedzic, po prostu bogacz, z dwoma lokajami, pierś cała w orderach, jednym słowem - wielmoża. Wysiadł i w biegu, bez zaczerpnięcia tchu, pyta:

- Czy tu mieszka Żyd Ruwim Rubinsztejn?
Mój dziadek, szczerze powiedziawszy, najpierw trochę się wystraszył, ale prędko zapanował nad sobą i spokojnie odpowiedział:
     - Żyd Ruwim Rubinsztejn to ja. Czym mogę służyć?
Odpowiedź ta najwyraźniej spodobała się wielmoży i powiada on:
     - Miło mi widzieć przed sobą samego Ruwima Rubinsztejna. Każ nastawić samowar i daj szachy, zagram z tobą partię. Mówią, że jesteś silnym graczem i że jeszcze nikt cię nie pokonał.

     Tak, znaczy się, powiedział ten magnat (najwyraźniej też szachista) i zasiadł, by stoczyć bój z moim dziadkiem. Grają partię za partią, a tymczasem samowar zagotował się i podano herbatę, ma się rozumieć z konfiturami i różnymi zakąskami. Zatroszczyła się o to moja babka, choć w kieszeni nie miała ani grosza. A na ulicy wokół karety zebrało się całe miasto. Kto by pomyślał, że do Ruwima Rubinsztejna przyjedzie taka ważna persona! Rzecz jasna, natychmiast zaczęły krążyć rozmaite pogłoski. Jedni mówią, że wielmoża przybył z guberni na kontrolę, robi przeszukanie, szuka fałszywych pieniędzy. Inni znów twierdzą, że nie obeszło się bez donosu, potwarzy, że dziadek mój został pomówiony, i że teraz zacznie się "sprawa". Nikt nie wpadł na pomysł, by zajrzeć do domu i popatrzeć, że ten rzekomy urzędnik siedzi obok dziadka i gra w szachy. No bo rzeczywiście, komu to mogło przyjść do głowy?

     A trzeba wam wiedzieć, szanowne panie i panowie, że choć ów wielmoża grał całkiem niegłupio, można wręcz powiedzieć, że grał dobrze, to jednak mój dziadek matował go raz za razem. A im bardziej gość przegrywał, tym mocniej się gorączkował, a czym mocniej się gorączkował, tym bardziej przegrywał. A mojemu dziadkowi - i proszę mi powiedzieć, skąd takie coś się bierze - nawet nie drgnęła powieka. Jakby nie grał z wielmożą, lecz z jakimś niepozornym człeczyną... Zrozumiałe, że temu panu było bardzo nieprzyjemnie. O czym tu zresztą gadać? Nikt nie lubi przegrywać, a tym bardziej z kim? Z jakimś tam Żydem... Ale głośno nie może tego wyrazić. Co można powiedzieć, skoro mój dziadek gra wręcz po mistrzowsku. Jak to mówią, mucha nie siada. Wiecie pewnie wszyscy, że prawdziwego szachistę sama gra interesuje o wiele bardziej, niż wygrana lub przegrana. Dla prawdziwego szachisty, gdy jest zafascynowany grą, partner nie istnieje. Najważniejsze - to gra, a nie gracz. Nie wiem, czy zrozumiecie moją myśl...

     - Pływać nie umiemy, ale na pływaniu się znamy - wtrącił pewien młody człowiek, nasz dyżurny dowcipniś, jak zawsze nie w porę. A Rubinsztejn przeszył go swoim chłodnym spojrzeniem na wylot i powiedział:
     - Tak, widać od razu, że pan zna się na pływaniu...
Zaciągnąwszy się cygarem kontynuował:

     - Ponieważ wszystko na tym świecie ma swój koniec, to i zakończył się szachowy pojedynek. Wielmoża wstał, zapiął wszystkie guziki, podał mojemu dziadkowi dwa palce i mówi:
     - Posłuchaj no, Ruwim Rubinsztejn - powiedział - pokonałeś mnie. Muszę przyznać - ciągnie - że jesteś najlepszym szachistą nie tylko w mojej guberni, lecz i w całym kraju, a może się okazać, że i na całym świecie. Jestem szczęśliwy, że miałem zaszczyt i przyjemność grać z najlepszym szachistą na ziemi. Wiedz jednak, że od tej pory będziesz jeszcze sławniejszy. Powiadomię ministrów o tobie, zamelduję na dworze... Usłyszawszy to ("powiadomię ministrów", "zamelduję na dworze"), zapytał dziadek wielmożę:
     - A kim pan właściwie jest, panie dziedzicu?
Wielmoża roześmiał się, wypiął pierś całą w orderach i odparł:
     - Jestem gubernatorem...
W tym momencie dziadek poczuł się nieswojo. Gdyby wiedział wcześniej, z kim ma do czynienia, pewnie grałby inaczej... Ale przepadło, zrobionego cofnąć się nie da. A gubernator po przyjacielsku pożegnał się z dziadkiem, wsiadł do karety i tyle go widziano.
     Gdy tylko odjechał, wszyscy rzucili się do dziadka z pytaniami: "Kto u ciebie był?". Kiedy się okazało, że to był gubernator, wszyscy zdziwili się jeszcze bardziej: "Co u ciebie robił gubernator?". A kiedy dziadek opowiedział, że gubernator przyjechał tylko z powodu szachów, wszyscy splunęli po trzykroć i rozeszli się po domach.
     Przez pewien czas mówili jeszcze o tym, a później zapomnieli. Dziadek też zapomniał. Jego głowa była zajęta czym innym - nową partią szachową, ale też troskami o chleb powszedni. Bo wiadomo - rzemieślnik trudzi się, pracuje, szuka okazji do zarobku.

     I oto nastąpił inny piękny dzień... Od tamtego pamiętnego wydarzenia upłynął już ładny kawał czasu, ale dokładnie ile, trudno powiedzieć. Wiem jedynie że to, o czym teraz opowiem, zdarzyło się wczesną wiosną, tuż przed świętem Paschy. Dziadek nie przygotował jeszcze niczego, nawet macy. Dzieciaczków miał on, żeby nie skłamać, sporo. Dla jednego potrzebna jest koszulka, dla drugiego buciki. A pieniędzy nie ma. Bieda! Siedzi więc dziadek zgarbiony w cztery pałąki, z lupką w oku, dłubie w zegareczkach, które nie wiedzieć czemu nie chcą chodzić, i myśli: "Skąd nadejdzie pomoc?"

     Nagle otwierają się drzwi, wchodzi dwóch żandarmów i kierują się prosto do dziadka. "Jesteś nam, kochaneczku, potrzebny!". Wtedy błysnęła mu myśl (mój dziadek był bardzo bystry) - a może to od gubernatora? Może postanowił mnie wynagrodzić, uszczęśliwić? Czy nigdy nie zdarzyło się, że nagle, z powodu istnego głupstwa, jakiegoś kaprysu, dziedzic obsypał biedaka złotem tak, że starczyło nie tylko dla niego, lecz również dla jego synów i wnuków?
     Ale tu, okazało się, nic z tych rzeczy. Mojemu dziadkowi uprzejmie proponują, by odbył niewielki spacer i zjawił się... jak myślicie, gdzie? ... w Petersburgu! A w jakim celu? Tego żandarmi nie wiedzą. Dopiero co, patrzcie no tylko, dostali ze stolicy papier, a w papierze stoi napisane: "Natychmiast dostarczyć Żyda Ruwima Rubinsztejna do Sankt-Petersburga". "Na-tych-miast" - znaczy się, bez żadnych rozmów.
     W tym wszystkim bez wątpienia jest jakaś tajemnica.
No, kochaneczku, gadaj tu zaraz, coś przeskrobał?
     Dziadek, ma się rozumieć, zaklina się i przysięga, że o niczym nie słyszał i nic nie wie. "Przez całe moje życie - mówi - nie skrzywdziłem nawet muchy". "Całe miasto - mówi - może to potwierdzić". Ale kto go będzie słuchał? Trzeba ruszać w drogę i koniec. Będzie to, zwróćcie uwagę, podróż "etapem", bo skoro w papierach jest napisane "dostarczyć", rozumie się przez to, że "etapem" i w kajdanach. A do tego jeszcze "natychmiast", czyli że im wcześniej, tym lepiej.
     Nie zastanawiając się wiele, wzięli żandarmi mojego dziadka, bez zbędnych ceregieli założyli mu kajdany na nogi i ręce i razem z wszelkiego rodzaju złodziejami i włóczęgami poprowadzili "etapem"

     Co to oznaczało w tamtych czasach, nie będę się rozwodził zbyt długo. Wszyscy wiedzą, że jeśli zwykłego śmiertelnika skierowali na trasę, to prawie nigdy nie docierał on żywy do miejsca przeznaczenia? Kolei wtedy nie było, bitych dróg - również, więc ludzi ginęli jak muchy. Ponad połowa umierała po drodze, a pozostali docierali tak wymęczeni, że zamieniali się w kaleki.
     Na szczęście dziadek mój był takiej budowy jak ja - szczupły, kościsty, krzepki. Do tego jeszcze był bardzo religijny, choć filozof. " Dwóch śmierci nie napotkasz, jednej - nie umkniesz - powiedział sobie. - A jeśli sądzone mi jest pobyć jeszcze na tym świecie, to nikt mi życia nie odbierze".
     Dlaczego nagle zaczął myśleć o życiu i śmierci? Dlatego, że przeczuwał, że sprawa pachnie katorgą, Syberią, a może czymś jeszcze znacznie gorszym... Nie tylko pożegnał się na zawsze z żoną i dziećmi, z całym miastem, ale nawet chciał odmówić "odchodną" ?. Wszyscy go pocieszali, całe miasto wyległo, by go pożegnać, jak zmarłego. Wiele łez polało się tego dnia...
     Gdybym chciał wam opowiedzieć o wszystkim, czego doświadczył mój dziadek w czasie tej podróży, musielibyśmy przesiedzieć trzy noce pod rząd. Szkoda czasu, lepiej pograć w szachy... W skrócie powiem wam tylko, że ta miła podróż ciągnęła się przez całe lato, od paschy do Święta Szałasów, gdyż - jak wszystkim wiadomo - "etap" dzieli się na przystanki czyli punkty, a na każdym punkcie aresztantów zatrzymywano na tydzień, niekiedy dwa, a nawet i dłużej, dopóki nie udało się sformować nowej grupy złodziei i włóczęgów.
     I kiedy wreszcie, po tylu cierpieniach i udrękach dotarli do tego upragnionego Sankt-Petersburga, myślicie, że na tym koniec? Bardzo się mylicie! Wzięli mojego dziadka i wepchnęli do kamiennego worka - do maluteńkiej, ciemnej celi, gdzie nie dało się ani usiąść, ani położyć, i można było tylko stać.

     - Ale pewnie można było tam nieźle pograć sobie w szachy - wtrącił nasz domorosły dowcipniś.
     - I głupio żartować! - dodał Rubinsztejn i ciągnął dalej:
     - Tam, w tym kamiennym worku, dziadek mój definitywnie pożegnał się z życiem i z pamięci odmówił "odchodną". Zdawało mu się, że widzi anioła śmierci. Czuł, że umrze zanim zaprowadzą go przed sąd. Prawdę powiedziawszy, życząc sobie śmierci, wręcz ją ponaglał.
     Jednakże, szanowne panie i panowie, wszystko na tym świecie ma swój koniec. Nastąpił taki dzień, że wrota lochu otwarły się i dwóch uzbrojonych od stóp do głów żandarmów weszło do celi. Zabrali dziadka, ledwo żywego, posadzili do karety i - jazda! Dokąd? O to nikt nie pytał. Może do sądu? Niech będzie sąd. Albo na szafot? Może być i szafot. Byle to wszystko wreszcie się skończyło. Mój dziadek zaczął sobie wyobrażać, jak to będzie, gdy go dostarczą do senatu. Dziadek stoi przed sądem i mówi:
     "Doskonale zdaję sobie sprawę, że jestem Żydem i biednym zegarmistrzem. Żyję tylko z pracy rąk. Nigdy nie kradłem, nikogo nie oszukałem, nikogo nie obraziłem, Bóg mi świadkiem. Jeśli chcecie wziąć mnie na tortury, proszę bardzo, ale lepiej zabijcie mnie od razu".
     Tak w myślach dziadek mój tłumaczy się przed senatem. A tymczasem kareta zajeżdża pod murowany budynek, każą dziadkowi wysiąść, i on wysiada. Prowadzą go do jakiejś sali, potem do drugiej, i tam każą, by się rozebrał. Ma zostać w samej tylko koszuli. Dziadek nie wie, o co chodzi, ale skoro żandarm każe, to nie warto się spierać. Następnie każą mu, wybaczcie, że to mówię, zdjąć jeszcze i koszulę. On ją zdejmuje, prowadzą go do łaźni. A była to łaźnia, jak się patrzy! Tam go myją, trzymają w parze, szorują mu plecy, później każą się ubrać, i wiozą dalej. I jadą, jadą...
     Dziadek myśli sobie: miłosierny Boże, co ze mną będzie? Próbuje odtworzyć przeczytane kiedyś opowiadania o inkwizycji w Hiszpanii i Portugalii, ale w żaden sposób nie może przypomnieć sobie takiego przypadku, by przestępcę przed zaprowadzeniem na szafot wozili do łaźni...
     A gdy tak rozmyśla, kareta zatrzymuje się obok budynku otoczonego wysokim, żelaznym ogrodzeniem. Ostrza jego prętów są pozłacane, a na szczytach siedzą orły. Prowadzą go obok generałów ze złotymi epoletami i orderami, i uprzedzają, że zostanie przedstawiony samemu carowi. Ma mu patrzeć prosto w oczy, nie gadać za wiele, na nic się nie skarżyć; tak - tak, nie - nie. I zanim do dziadka dotarło, co się właściwie dzieje, znalazł się w ozdobnej sali ze wspaniałymi obrazami w złotych ramach, a prosto przed nim stał wysoki człowiek z bokobrodami. Mężczyzna z bokobrodami (był to Mikołaj I) uważnie popatrzył na mojego dziadka i między nimi nastąpiła taka rozmowa:

     Car: - Jak się nazywasz?
     Mój dziadek: - Ruwim Szołomow Rubinsztejn.
     Car: - Ile masz lat?
     Mój dziadek: - Pięćdziesiąt siedem.
     Car: - Gdzie nauczyłeś się grać w szachy?
     Mój dziadek: - U nas to wrodzone...
     Car: - Mówią, że jesteś najlepszym szachistą w moim państwie...

     Na to mój dziadek chciał odpowiedzieć: "Byłoby lepiej, gdybym nie był najlepszym szachistą w pana państwie...". Wtedy car zapewne zapytałby: "Dlaczego tak mówisz?"... I wówczas dziadek na pewno nie mógłby się powstrzymać i powiedziałby, że nie tak należy obchodzić się ze znakomitym szachistą, którego car zechciał zobaczyć... Już mój dziadek wiedziałby, co należy powiedzieć. Lecz w tym momencie car gestem ręki pokazał, że audiencja zakończyła się, generałowie zasłonili mojego dziadka, żandarmi wyprowadzili go na ulicę i puścili wolno, przykazując mu przy tym, by niezwłocznie wracał do domu, bo tu, w Petersburgu, nie wolno mu przebywać.
     Jak mój dziadek dotarł do domu, o to lepiej nie pytajcie. Najważniejsze, że wrócił żywy, a nastąpiło to akurat w przeddzień Święta Szałasów. Miłościwe moje panie i panowie! Skończyłem...

Tłumaczenie © Tomasz Lissowski


http://szachowavistula.pl/vistula/

e-mail

Valid XHTML 1.0 Transitional

Copyright © Adam Umiastowski & Tomasz Lissowski 2007
Pismo utworzone dnia 26-12-1997