Pożegnanie Sławka Wacha

Żegnamy dzisiaj ś.p. Sławomira Wacha. Słowo „pożegnać” nieodwołalnie zrasta się z obrządkiem żałobnym. Przez swoją dobitność ma w sobie coś okrutnego. W tym przypadku jest ono również naznaczone jakąś szczególną dziwnością. Jak to? Już wszystko się tak nagle skończyło? Doprawdy trudno w to uwierzyć.

Zostało tylko wspomnienie z dzieciństwa o tym małym, wesołym rozrabiace, który nieopodal starej lubelskiej kamienicy przy ulicy Narutowicza rzucał kapiszonami na podwórku i wraz z kolegami brawurowo skakał po ogrodzeniach i dachach budynków. I zapisane w mojej pamięci pierwsze spotkanie w lubelskim klubie szachowym z siedemnastoletnim Sławkiem, pełnym życia, energii, optymizmu, ciekawości dla świata. Potem wieloletnia, wspólna wędrówka po obszarach królewskiej gry, teraz brutalnie przerwana. Od dziesięciu dni raptem zamilkł znajomy numer telefonu, a w nim pogodny głos Sławka ze zwyczajową frazą: „Ja tylko na minutkę”. Tych minutek rozmowy nigdy nie uzbierało się nam mniej niż kilkadziesiąt… Dzisiaj, wyrwane z codzienności, nabierają zupełnie innego znaczenia.

Sławek przez całe życie zajmował się szachami, dosłownie do ostatnich dni, kiedy już znękany chorobą rozgrywał partie błyskawiczne on line. Zainteresowania szachowe zawdzięczał ojcu, skrzypkowi lubelskiej Filharmonii, który nauczył go gry, a później zapisał do klubu. Sławek robił szybkie postępy, wyróżniał się wśród rówieśników jako kandydat na mistrza , aż na koniec zdobył tytuł mistrza Polski juniorów. To otworzyło mu wrota do najważniejszego w życiu turnieju: mistrzostw świata juniorów w Atenach w roku 1971. Tylko pół punktu zabrakło mu, by zakwalifikować się do głównego finału, w którym brylowali przyszli arcymistrzowie światowej klasy: Waganian, Ribli czy Torre. Ostatecznie zajął drugie miejsce w finale „B” czyli czternaste na czterdziestu czterech uczestników. To był w tamtych czasach całkiem niezły wynik i wydawało się, że Sławek osiągnie coś na arenie krajowej. Trudno powiedzieć dlaczego się tak nie stało. Może przesądziły o tym okoliczności życiowe: przeprowadzka - za głosem serca - z Lublina do Warszawy, założenie rodziny z ukochaną Hanią, ukończenie studiów polonistycznych już w stolicy, podjęcie współpracy dziennikarskiej z miesięcznikiem „Szachy”. Wyczynowe szachy powoli się od niego oddalały.

Odtąd Sławek dzielił czas między pracę zawodową, a uczestnictwo w turniejach gry błyskawicznej. Sekretarz redakcji miesięcznika „Szachy” w latach 1984- 1990, później „Szachisty” w latach 1991 – 2001, redaktor działów szachowych w „Sztandarze Młodych” i tygodniku „Razem”, autor licznych artykułów i współautor (wraz z Ireneuszem Łukasikiem) książki „Wielki mecz” (1989 ) – gdy tylko mógł się przenieść od redakcyjnego biurka do sali turniejowej, olśniewał jako specjalista gry szybkiej. Wielokrotny finalista mistrzostw Polski w grze błyskawicznej, dwukrotnie – w roku 1977 w Częstochowie i dwa lata później w Kaliszu - znalazł się na czwartym miejscu, tuż za medalowym podium. Mało wtedy było w kraju tak wybornych jak on „blickarzy”.

Niewykluczone, że podobny sposób życia, kojarzący się z „Disneylandem”, tytułem ulubionej powieści Sławka, pasował do jego osobowości. Można o nim powiedzieć, że zamiast na karierę był nastawiony na poznawanie i radosne smakowanie świata. Sławek był humanistą o bardzo szerokich zainteresowaniach: od filmu, którego klasykę już we wczesnych latach poznał dzięki matce, poprzez rodzimą literaturę z Dygatem, Herbertem i Miłoszem w rolach głównych, kończąc na teatrze – Narodowym, Współczesnym, Ateneum – którego artystyczna ranga nie redukowała się do drugiej połowy ubiegłego wieku. Te i inne jeszcze zainteresowania zaszczepił kochanym i czule kochającym go dzieciom – Michałowi i Oli. Źródła pastelowego pejzażu: podziw dla sztuki, otwartość na ludzi, miłość. Bardzo bliska była mu końcowa fraza z „Podróży” Dygata: „Chodzili ludzie. Śmiali się i sprzeczali. Było pięknie. Wystarczy zdobyć się na odrobinę życzliwości wobec Życia, a okaże się nam ono zupełnie przyjemne”.

O tym życiowym przesłaniu pamiętają koledzy – szachiści. Od dawna w ich świecie nie było takiego poruszenia i tylu wzruszeń jak po odejściu Sławka. Odczytujemy je nie tylko z anonsu Tomasza Makowskiego na oficjalnej stronie Polskiego Związku Szachowego, z bloga Jerzego Konikowskiego czy z zapowiedzianego obszernego wspomnienia Andrzeja Filipowicza, naczelnego redaktora „Szachisty”. Z wielkim smutkiem na śmierć Sławka reagują Agnieszka Brustman, Andrzej Adamski i Tomasz Lissowski. Jacek Bielczyk wspomina zmarłego jako świetnego kolegę. Krzysztof Hordyński pisze: „Będziesz Sławku na długo w naszej pamięci”, a Jan Przewoźnik „Niech spoczywa w spokoju. Długie życie z szachami – odcisnął w nich wyraźny ślad. Zabraknie rozmów z nim o szachach i nie tylko o nich”. Ze Sztokholmu śle rodzinie Sławka słowa współczucia Konstanty Kaiszauri. Z dalekiej Kanady odzywa się Jacek Mardarowicz, druh z lubelskiej młodości i świadek na ślubie Sławka. Pisze o zaszczycie, jakim była przeszło pięćdziesięcioletnia z nim znajomość i punktuje „Jego odejście jest dla mnie wielkim przeżyciem. Nie sądzę, że się z tym pogodzę”.

Teraz Sławek przemierza niebieskie łąki trochę dziwiąc się temu, co napisała o nich kiedyś Maria Jasnorzewska – Pawlikowska: „Niebieskie łąki bez granic / Nie służą nikomu na nic”. Jakże to? Przecież tutaj właśnie, na niezmierzonej przestrzeni, będąc uwolnionym od rozlicznych ziemskich zobowiązań i utrapień, można sobie wreszcie pograć w szachy. O partnerów nie tak trudno: wystarczy choćby w tłumie odszukać dobrych kolegów, dwóch Zbyszków - Szymczaka i Księskiego, którzy na górę ewakuowali się przed nim. A może nadarzy się okazja, żeby sprawdzić jak w turnieju gry błyskawicznej radzą sobie anioły? To byłoby bardzo interesujące: Lublin Chess Dream Team versus Angels.

Trzeba Cię Sławku tylko ostrzec przed zuchwałością podobnego wyzwania. Znany amerykański teolog, wykładowca filozofii w Boston College, utrzymuje bowiem, że anioły, na podobieństwo elektronów, w ogóle wyróżniają się błyskawicznymi ruchami. W rywalizacji z nimi uznane ziemskie sprawności mogą więc nie wystarczyć. W każdym razie, znając Twój talent i energię, można liczyć na emocjonujący przebieg tych ewentualnych rozgrywek. A my wszyscy, wcześniej czy później, zapełnimy ich widownię.

Rafał Marszałek

(Słowa "Pożegnania" zostały odczytane podczas uroczystości pogrzebowych Sławomira Wacha.)

Vistula Chess Monthly

Logo Vistula