MACIEJ BRUDZIŃSKI (1956 – 2014)

Niebawem minie trzecia rocznica śmierci Macieja Brudzińskiego, znanego na terenie Warszawy sędziego i organizatora szachowego. Opublikowane dotąd wspomnienia nie grzeszą bogactwem zaprezentowanych faktów, toteż „Vistula” postanowiła choćby w części uzupełnić brak.

W sekcji szachowej Klubu Uczelnianego AZS Uniwersytet Warszawski (do której ja przeniosłem się z prężnie działającego, ale krótkowiecznego klubu „Hades” Riviera) Maciej pojawił się w 1974 roku. Ze wspomnień Remigiusza Rudolfa (dziś Wieluń, ale przedtem Warszawa) wynika, że Maciej towarzyszył drużynie AZS podczas drużynowego turnieju w Olsztynie, gdzie walczono o awans do II ligi, a sukces przypadł szachistom z „Szombierek” Bytom (pozostałe kluby to „Warmia” Olsztyn, AZS Lublin i RKS Łódź). Azetesiacy grali wówczas w składzie: Andrzej Lipiński, Rafał Ziemacki, Zbigniew Zabrzeski, Stanisław (?) Kasprzyk, Henio Modrzejewski, Andrzej Jaglak (starszy junior) i Remigiusz Rudolf (młodszy junior).

W 1975 r. Brudziński kierował drużyną AZS UW podczas rozgrywek II Ligi juniorów we Wrocławiu. Do legendy przeszły opisy sztubackich żartów, których nie szczędzili kierownikowi jego niesforni podopieczni – ulubiony dowcip polegał na nagłym oblaniu Macieja kubełkiem wody zaczerpniętej z sedesu…

Podczas nauki w Liceum nr 1 przy ulicy Felińskiego założył i prowadził szkolny klub szachowy pod nazwą (o ile pamięć nie myli) „Hetman”.

(fotografia szkoły)

Po maturze zdawał egzamin wstępny na Wydziale Historii UW, ale do indeksu zabrakło mu kilku punktów. Wtedy obrał drogę zawodowego działacza szachowego, nigdy nie zaprzestając gry w turniejach. Jeszcze w 1979 roku Maciej wystąpił w finale mistrzostw AZS. Pamiętam, że w naszej partii graliśmy wymienny wariant obrony słowiańskiej i po długiej walce udało mi się wygrać, gdyż po nieostrożnym ruchu b7-b6 (białopolowy goniec czarnych stał już na f5) ja zagrałem Ge2-a6 i przeciwnik nie zdołał odeprzeć nacisku ciężkimi figurami na kolumnie „c”.

Maciej nigdy nie uchodził za szachowego encyklopedystę, lubił grę kombinacyjną, nieokreślone struktury pionkowe (białymi w młodości chętnie grał partię angielską), pozycje z naruszoną równowagą materialną albo z przeciwstronnymi roszadami. Bardzo dobrze grał partie błyskawiczne i był uznanym ekspertem od gry w „kloca”, którego ja sam starałem się tępić u juniorów znajdujących się pod moją opieką.

Praca w AZS miała ten minus, że była pracą społeczną, bez wynagrodzenia; od czasu do czasu można było liczyć na wyjazd na turniej z pokryciem kosztów w całości przez klub. Dlatego pod koniec lat 1970-tych Brudziński przeniósł się do zasobnego „Maratonu” Warszawa, gdzie miał etat i pracował jako kierownik klubu na ulicy Niecałej, 50 metrów od skraju Ogrodu Saskiego. Był organizatorem życia klubowego i szkolił klubowy narybek na poziomie podstawowym. W szkoleniu kładł nacisk na czynniki psychologiczne, na wyrobienie bojowości i umiejętności taktycznych.

Następna dekada była najbardziej udana w karierze Macieja. Był zabezpieczony finansowo, sędziował ogromną ilość małych i większych turniejów, pełnił rozmaite funkcję w Warszawskim Okręgowym Związku Szachowym – a był to epoka, gdzie do wyborów zawsze stawało więcej kandydatów, niż było miejsc do obsadzenia, więc kandydat musiał mieć poparcie sporej części spośród istniejących wówczas 25 – 30 klubów szachowych na terenie stolicy i bliskich okolic. Praca w WOZSzach miała być preludium do tego, co stanowiło wielkie marzenie Macieja – objęcie jakiegoś ważnego stanowiska w PZSzach, ale marzenia mają to do siebie, że nie zawsze się spełniają…

W pierwszej połowie lat 1980-tych znaleźliśmy się w „przeciwnych obozach” – na warszawskich zawodach juniorów każdy z nas kibicował swoim wychowankom i po cichu liczył na niepowodzenia konkurentów. Juniorzy „Maratonu”, „Hutnika”, AZS-UW, „Polonii” i „Legionu” liczyli się wówczas w skali kraju; niekiedy w I Lidze Juniorów w gronie 12 zespołów były aż trzy z Warszawy. Dlaczego tak było i jakie powody sprawiły, że „geografia” szachów młodzieżowych tak bardzo się zmieniła, to temat na osobne opowiadanie.

Zmiany polityczno-gospodarcze w Polsce po 1989 roku miały negatywny wpływ na losy Macieja. Rozpadł się klub „Maraton”, pozbawiony wsparcia Stowarzyszenia „Pax”, które w demokratycznej Polsce przestało być komukolwiek potrzebne. Kameralny, świetnie położony klub na ul. Niecałej przestał służyć szachistom; gdzie podziała się piękna kolekcja pucharów, dyplomów i albumów, gromadzona przez kilka dekad? Trenerzy i działacze utracili miejsca pracy, a nowe propozycje zatrudnienia, w wymiarze podobnym do utraconego, nigdy się nie pojawiły.

Przez pewien czas Brudziński był prezesem WOZSzach, stale rezydował w biurze na ul. Poznańskiej, ale był to czas dla niego bardzo trudny. Pojawiły się poważne kłopoty ze zdrowiem. Fiaskiem zakończyła się sensownie wyglądająca idea zorganizowania szachowych obozów szkoleniowych dla młodzieży nad morzem; tu Maciej nie miał szczęścia do doradców, którym zbyt łatwo zaufał.

W następnych latach był związany z innymi klubami, ostatnio wiele zrobił dla szachów w dzielnicy Białołęka… ale o tym powinni opowiedzieć inni, którzy byli z Nim bliżej.

Maciej Brudziński jest pochowany w grobie rodzinnym na Cmentarzu Północnym w Warszawie.

Cześć Jego Pamięci.

Tomasz Lissowski

Vistula Chess Monthly

Logo Vistula