ID #1430

MOJA DZIAŁALNOŚĆ W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ (cz. 1)

Dr Savielly Tartakower
(Jest to kontynuacja wspomnień arcymistrza Tartakowera, których 6. część ukazała się w miesięczniku "Tidskrift főr Schack" nr 1/1949, str. 4-10. Tłumaczenie ze szwedzkiego - Feliks Przysuski).

    Szachiści, którzy egzystują na innym wymiarze, z dala od realnego świata, w lecie 1939 roku nie odczuwali jeszcze tego globalnego niepokoju, który unosił się w powietrzu. Była również jeszcze jedna warstwa społeczna (była i jest), podobnie naiwna jak czciciele Caissy, a mianowicie zawodowi dyplomaci. Poza tymi dwoma grupami cała ludzkość kuli ziemskiej wiedziała, że w życiu politycznym narodów zachodzą właśnie całkowicie nienormalne i straszne wydarzenia.
    Dlatego też, gdy w czerwcu 1939 roku załatwiałem w Paryżu formalności związane z wyjazdem na olimpiadę szachową do Buenos Aires, urzędnik powiedział do mnie z ironicznym uśmiechem:
- Szanowny pan życzy sobie studiować wojnę z południowo-amerykańskiego punktu widzenia...
- Jeśli będzie wojna, oczywiście powrócę i wezmę w niej udział prawdopodobnie przed Panem - odpowiedziałem z naciskiem nie tylko z powodu urażonej dumy, ale również z wewnętrznego przekonania.
    Możliwe, że te słowa spowodowały, że gdy wojna naprawdę się rozpoczęła, skorzystałem z pierwszej nadarzającej się okazji i powróciłem do Europy.
    Wojna rozpoczęła się 1 września 1939 roku. Większość europejskich mistrzów pozostała w Buenos Aires. Ja wróciłem, mimo że mój argentyński przyjaciel Roberto Grau gwarantował mi możliwości dziennikarskiej i szachowej działalności, i pomimo faktu, że mój wiek (52 lata) usprawiedliwiłby moją nieobecność w teatrze działań wojennych. Ponieważ jestem z pochodzenia Żydem, uważałem, że moim moralnym obowiązkiem, nawet z tą małą siłą, którą dysponowałem, jest przyczynić się do walki z mordercami Żydów.
Patrząc obiektywnie na sprawę mój powrót do Europy był zupełnie błędny i nie przyniósł żadnego efektu. W Paryżu pytano mnie często: "Co ma Pan tutaj do roboty w całym tym bezsensie (drôle de guerre)? Siedzieć godzinami w schronie podczas alarmu lotniczego? Po to Pan wrócił?". Ponieważ byłem za stary, więc nie mogłem wstąpić do Armii Polskiej, którą gen. Sikorski reorganizował we Francji. Z wielkim trudem udało mi się w lutym 1940 r. wstąpić do francuskiej Legii Cudzoziemskiej i otrzymać stopień porucznika.
    W styczniu 1940 roku odbył się w Paryżu mały turniej mistrzowski, w którym zająłem 1 miejsce z dużą przewagą. Moi konkurenci uważali, że wygrałem, bo mnie tam nie było, gdy wojna się rozpoczęła, uniknąłem więc rozstroju nerwowego, co spotkało większość Europejczyków. Ciekawe, że podobnie oceniano moje zwycięstwo w Hastings 1945/46 w pierwszym powojennym turnieju; uważano, że moje przeżycia wojenne były znacznie spokojniejsze, niż reszty uczestników... Ze smutkiem wspominam, że wielu uczestników turnieju paryskiego, jak Cukierman, Orbach, dr Monosson i wielu innych, padło ofiarą tej strasznej inwazji.
    Gdy znalazłem się w służbie wojskowej, grałem w szachy od czasu do czasu. Oto jedna mała partia z tego okresu.
Porucznik Tartakower - Kapitan Dwigulsky
Paryż 1940
(białe grają bez wieży a1, pionek a2 przesunięty na a3)
1. d4
Debiuty zamknięte można skutecznie stosować przy grze bez wieży z silnymi amatorami, którzy są obeznani z teorią debiutów. Mój przeciwnik należał do tej kategorii i moje zwycięstwo należy traktować jako przypadek.
1...d5 2. Sd2 c6 3. e4 Zamiast otwierać centrum, białe mogły kontynuować zamkniętą grę: 3.Sf3 Sf6 4.Se5! e6 5.e3 itd.
3...dxe4 4. Sxe4 Powstała pozycja z obrony Caro-Kann z przestawieniem posunięć.
4...Gf5 5. Hd3 Gxe4 Jeden wróg mniej - rozumują czarne.
6. Hxe4 Sd7 7. Gf4 Ha5+ 8. c3 O-O-O 9. Gc4 e6 10. Sf3 Hf5 Czarne chcą wymusić kolejne wymiany. Po 11.He3 nastąpiłoby 11...Sf6 12.Gd3 Sd5! 13.Gxf5 Sxe3 14.Gxe6+ fxe6 15.fxe3 Gd6 i kosztem tylko jednego pionka czarne wyeliminowały z gry oba hetmany. Teraz jednak następuje coś zupełnie innego.

Tartakower-Dwigulsky

11.Hxc6+ Manewr ten nie jest zupełnie nieznany. 11...bxc6 12.Ga6 mat (1-0).

***

    Kiedy 18 czerwca 1940 r. rząd Petaina podpisał zawieszenie broni z wrogiem, który zalał kraj, zrozumiałem, że nie ma tu co dalej robić. Wraz z grupką kolegów z naszego małego oddziału udało mi się dostać do Afryki Północnej, ale gdy i tam objawił się całkowicie defetystyczny nastrój, dalsza moja droga wiodła przez Gibraltar do Anglii.
    Władze angielskie nie ceniły zbyt wysoko francuskich oficerów piechoty. "Jesteście lotnikami czy też możecie dostarczyć nam armat" - brzmiało pierwsze pytanie, jakie zadał nam brytyjski konsul w Casablance. Jednak dzięki protekcji przyjaciół udało mi się dołączyć do grupy, która udała się do Anglii. Podczas podróży Gibraltar - Liverpool dowiedziałem się, że generał de Gaulle zorganizował w Anglii ochotniczą armię - Free French Forces. Po przyjeździe do Londynu 18 lipca 1940 r. wstąpiłem do tej armii. Ponieważ większość ochotników, zarówno żołnierzy jak i oficerów, służyła z różnych powodów pod pseudonimami, również ja uzyskałem taki, a mianowicie Georges Cartier, pod którym dalej kontynuowałem moją działalność wojskową. Przy moim pierwszym spotkaniu z de Gaullem powiedział on podczas inspekcji: "Jestem bardzo zadowolony, że widzę Pana wśród nas". Te słowa napełniły mnie dumą. Wkrótce jednak zorientowałem się, że był to zwrot, którym był witany każdy nowoprzybyły, szczególnie że na początku każdy wojskowy był potrzebny.
    W czasie mojego pobytu w Londynie odwiedzałem często "Royal Automobile Club" i "Anglo-Palestinian Club". Oba te kluby leżały blisko miejsca mojej służby, a poza prowadzeniem działalności artystyczno-kulturalnej miały również swoje sekcje szachowe.
    Gdy po raz pierwszy odwiedziłem "Anglo-Palestinian Club", zapytał mnie prezydent klubu pan Dell, jaką siłę gry reprezentuję. Odpowiedziałem krótko: very strong ("bardzo mocną"). On ocenił to jako przesadę, jako że od oficerów francuskich nie oczekiwano jakiejś specjalnej wiedzy szachowej. Na jego propozycję rozegraliśmy partię szachów, pan Dell z uśmieszkiem wyższości odstąpił mi białe bierki. Już w 3. ruchu "przypadkowo" strąciłem wieżę hetmańską, a podnosząc ją postawiłem obok szachownicy. Na jego zdziwione pytanie odpowiedziałem, że wyznaję taką zasadę, że jeśli coś upuszczę, jest to stracone dla wszystkich. Pan Dell zrozumiał, że trafił na dziwaka. Jego zdziwienie było jednak jeszcze większe, gdy wkrótce dostał mata. Przebieg partii był następujący:
 
Porucznik Cartier - Mr Dell
(białe grają bez wieży a1)
1.e4 e5 2.f4 exf4 3.Sf3 Sf6 Nowoczesna obrona! 4.e5 Sg4 Prawidłowym posunięciem jest 4...Sh5.
5.h3 Sh6 6.d4 Sf5 7.Gxf4 Ge7 8.Gd3 Gh4+ 9.g3 Gxg3+ Lepsze było 9...Sxg3.
10.Gxg3 Sxg3 11.Wg1 Sh5 12.Sg5 g6 13.Hf3 He7 14.Gc4 0-0Naturalna odpowiedź.

Cartier-Dell

15.Hxh5 gxh5 16.Sxf7+ i mat w następnym posunięciu (1-0).

    Ponieważ pan Dell potraktował rezultat tej partii jako przypadkowy, zagraliśmy "rewanż". Kiedy jednak wygrałem drugą i trzecią partię grając bez wieży, zrozumiał pan Dell, że nie przesadziłem wiele określając moją siłę gry jako bardzo mocną.
    Dopiero później zarówno on jak i jego koledzy klubowi - szachiści zorientowali się, że pod pseudonimem Georges Cartier kryje się mistrz szachowy Savielly Tartakower. Nastąpiło to wówczas, gdy pomimo munduru zostałem rozpoznany przez pewnego amatora szachowego. W dużej ilości późniejszych partii grałem z panem Dell bez wieży, a raz w symultanie klubowej w 1941 roku zremisował on ze mną na równych. Jak wiadomo, gra bez wieży nie jest dokładnym miernikiem różnicy siły gry. Gwałtowny atak zawodnika grającego bez wieży może często zrekompensować uszczerbek materialny.

(koniec części pierwszej) Część druga

Tagi: Savielly Tartakower

Podobne wpisy:

Nie możesz komentować tego wpisu